Rodzice większości moczących się dzieci twierdzą, że odznaczają się one wyjątkowo głębokim i mocnym snem, z którego trudno je wybudzić, np. w celu wysadzenia na nocnik czy doprowadzenia do toalety. Wiarygodność tych opinii budzi zastrzeżenia chociażby przez to, że matki i ojcowie nie mają raczej doświadczeń z budzeniem dzieci nie moczących się (bo i po cóż, na Boga, mieliby je budzić?) i tym samym nie mogą dokonać porównań. Sprawę tę rozstrzygnął w sposób tyleż zdecydowany, co prosty, angielski badacz Michael Boyd, który zadał sobie trud sprawdzenia, jak to jest z „dobudzaniem się" „lejków" i dzieci nie moczących się. W rezultacie okazało się, że „dobudzenie" „sikacza" wymagało przeciętnie 16 sekund, natomiast nie moczącego się „normalniaka" 20,5 sekundy. Mimo że różnice te nie były istotne, statystycznie (co praktycznie oznacza, że dzieci nie moczące się i „lejki" budzi się jednakowo trudno) daje to nieco do myślenia. Badania nad snem dzieci moczących się prowadzone z użyciem elektroencefalografu (czyli urządzenia rejestrującego elektryczną aktywność mózgu) wykazały, że zsikanie się następuje najczęściej w fazach snu głębokiego, co jednak nie wyklucza możliwości bezwiednego oddania moczu i w innych fazach, nie wyłączając tzw. fazy SRO (szybkich ruchów oczu), czyli snu płytkiego, kiedy przeżywane są intensywne marzenia senne.